Polecany post

Wstęp

Witam! Życie to pasmo ciągłych niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Bo jak nazwać sytuacje, gdy zapewne dyslektyk i dysortografi...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczniowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczniowie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2016

Coś jednak zostaje...

Mijają dni od 14 października, a ja nadal odczytuję wiadomości, po których wpadam w zakłopotanie. Po których serce belfra rośnie. Wiem, że piszą mi te wiadomości osoby przychylne mi. Że są i tacy, co się z tym zupełnie nie zgodzą. Słowa, które nieskromnie jest cytować, a równocześnie żal skasować. Zapomnieć nie potrafię. Cóż chyba wraz z wiekiem człowiek robi się bardziej sentymentalny. Na przykład takie od M.: „gdyż uważam że już niejednej osobie Pan pomógł nie tylko jako świetny nauczyciel lecz również psycholog i wspaniały doradca w trudnych chwilach Ja osobiście do końca życia będę Pana wspominać jako swojego rodzaju drogowskaz życiowy, gdyż dzięki Panu wiem że nigdy nie należy się poddawać i dążyć do obrazek celu. Życzę każdemu uczniowi aby miał takie szczęście jak ja że mogłam na swojej drodze spotkać tak wspaniałego wychowawcę” Jak małe i nic nie znaczące przy nich są cytaty sławnych ludzi, które odbierałem na różnych dyplomach. Cóż w ogóle te nagrody były warte, o których nikt i ja sam nawet nie pamiętam.

Albo coś innego, co dostałem dziś. Wprawdzie już drugi raz w życiu coś takiego mi się trafiło, ale wzruszyło mnie nie mniej jak za pierwszym razem.

D.: „mógłbym kiedyś wpaść i poopowiadać albo pomóc Panu w organizacji takiego kółka nauki tworzenia stron od podstaw. Siedzę w tym temacie praktycznie od gimnazjum, pracowałem w sklepie internetowym, potem w agencji kreatywnej, później założyłem własną firmę i w między czasie współpracowałem z wieloma firmami z Tychów, Śląska, całej Polsi, ostatnio nawet trafiłą się firma ze stanów. Wiem, że cięzko jeszcze nawet na studiach o specjalizację ukierunkowaną na front-end developera, a wiem po swoim doświadczeniu, że teraz jest duże zapotrzebowanie na specjalistów w tej dziedzinie i jak dzieciakom wcześniej wskazać możliwość rozwoju w tym kierunku to w przyszłości mogą być dobrzy w tym fachu, oczywiście dla chętnych tylko.”

Jakie szczęście w życiu miałem, że przez chwilę byłem jego nauczycielem. Wiem, że nie za dużo nauczyłem, ale cieszę się, że też nie zepsułem w nim zapału do informatyki. Jak fajnie jest dowiedzieć się, że przerasta mnie o głowę (raczej o kilka głów) w tej dziedzinie. A to, że wrócił i chce coś zrobić dla innych to już zupełny matrix. Coś nie bardzo przystające do naszych dzisiejszych konsumpcyjnych czasów.

No i na koniec moja refleksja:
Nigdy w życiu nie uważałem i nie uważam się za dobrego nauczyciela. Strony „superbelfrów” wprawiają mnie w przygnębienie. Nie dorastam im do pięt. Informatyk ze mnie marny, bo to, co czasem uczniowie potrafią zrobić na komputerze dla mnie jest trudne lub niemożliwe. W szkołach nie potrafię dostosować się do zasad jakiegoś oceniania kompromitującego (OK), planów wynikowych nigdy nie stworzyłem, a i w dzienniku mam częste braki. Ileż to upomnień już za to dostałem. A i tak przez wiele lat bawiłem się świetnie w szkole i jeszcze mi za to płacono. Teraz trudniej mi to wychodzi, bo coraz mniej mam czasu dla uczniów. Coraz mniej możliwości wsłuchać się w to, co oni do mnie mówią, czego oczekują. Nie mogę już z nimi wybrać się na niedzielne rowery, bo złamałbym dziesiątki przepisów. Nie realizujemy już szalonych pomysłów, bo wszystkie moje zajęcia powinny być zaplanowane, podpisane i skontrolowane czy aby na pewno się odbyły w wyznaczonych godzinach. I to teraz właśnie zaczynam dostawać takie pochwały, które zupełnie do mnie nie pasują. Jakie niespodzianki Bóg nam przygotowuje, manipulując naszym pokręconym życiem.
No i co kiedyś napiszą moi obecni uczniowie?
Obawiam się, że nic dobrego…

piątek, 21 października 2016

Code Week 2016




Tego mi było trzeba! Prawie 15 miesięcy minęło od czasu, gdy ostatnio coś fajnego udało mi się zorganizować z gimnazjalistami. Cóż urlop. Potem bolesny powrót do ciasnych ram wyznaczonych przez rygor planowanych lekcji, kółek, konferencji itd. Do tego ponad 100 komputerów, za które nie wiem czemu, ale jestem odpowiedzialny jak konserwator.
No i w końcu jakiś dawny powiew normalności. Był pomysł. Trochę mojej pracy, trochę pracy uczniów z mojej klasy 1e i radiowęzła. W efekcie czego dziesiątki uczniów spróbowało swoich możliwości w pisaniu algorytmów budowania wież z kubków. Niby nic, a cieszyło! Poczułem się jak Wróbel, który na chwile opuścił klatkę…

piątek, 14 października 2016

Dzień Nauczyciela 2016

Święto dziś podobno mam, więc wstałem sobie za późno, aby zdążyć do pracy na oficjalną imprezkę w gronie równie radośnie świętujących. Wbiegłem na salę i zająłem pierwsze wolne miejsce. Jak się później zorientowałem bardziej administracyjne niż nauczycielskie (jak łatwo się dzielimy na imprezach jednoczących wszystkich). Tu przy ciastku siedząc (bo kawy nie piję, a to co bym chciał to nie wolno) z braku szerszej liczby znajomych do pogadania w nowym moim miejscu pracy - rozmyślam.

Słucham przemowy Pani Dyrektor i smutnych głosów koleżanek. Nad wszystkimi unosi się, podobno optymistyczny, duch przyszłej reformy, czytaj: likwidacji tej szkoły. Likwidacji szkoły, którą już kiedyś jako jedną ze słabszych szkół w mieście nasz zacny magistrat próbował zlikwidować. Wtedy się obronili, napędzani siłą rodziców uczniów. Dziś, gdy szkoła jest jedną z najlepszych szkół w mieście, widzę wokół siebie nic tylko rozgoryczenie i poczucie zmarnowanych lat. Ktoś coś wspomina o związkach zawodowych. A mnie nachodzi dziadkowa refleksja: „Jak bida to do żyda, a jak po bidzie to całuj mnie w … żydzie”. Jakie związki zawodowe? Skoro większość nauczycieli do nich nie należy, a i ci co należą to figuranci niezdolni do walki o swoje. Przepracowałem 22 lata w szkole bez strajku, a protesty odbywały się w soboty. Wielokrotnie my nauczyciele udowodniliśmy jak słabych mamy reprezentantów, bo ich nigdy nie poparliśmy gromadnie. Jak już coś się organizowało to zwykle albo jeden związek albo drugi. Taka nasza jedność oświatowa. Jesteśmy stadem owieczek, które ślepo wierzą, że mają misję do spełnienia. Czyli dać się wydoić i wygolić.

Lata tresury pod biczem kolejnych wizytatorów, ankiet i egzaminów, odebrały nam zdolność samodzielnego myślenia i sprzeciwu wobec wszelkim głupot jakie nas otaczają. Godzimy się na darmowe zajęcia prowadzone i nadzorowane jak lekcje. Godzimy się na permanentny nadzór i zalewanie nas dodatkowymi zadaniami przez przełożonych, nawet w niedzielę. Na spotkania z rodzicami późnym wieczorem. Coraz mniej jesteśmy dla uczniów, coraz więcej dla dokumentacji i tabelek. Sterują nami domorośli wizjonerzy z różnych fundacji, nakazując pisanie, a to planów wynikowych, a to celi lekcji. Bez tego jesteśmy ponoć złymi nauczycielami.

Już nie nauczyciele, a urzędnicy. Niesiemy kaganek oświaty ucząc dzieci ludzi, którzy często mają o nas jak najgorsze zdanie. Wystarczy poczytać fora dyskusyjne rodziców czy absolwentów. Każdy może nam nabluzgać. A my co? My mamy misję… Zabiera nam się przywilej wcześniejszej emerytury, a my nic – mamy misję, którą stetryczali będziemy realizować do resztek naszych nerwów. Potem może Bozia się zlituje i szybko nas zabierze. Zabierze abyśmy nie musieli żyć na marnej emeryturze. Likwidują nam szkoły, a my zakładamy czarne opaski. Lekarze strajkują i zostawiają chorych, a my mamy misję. Górnicy palą opony, kruszą bruk i mają premie od start jakie przynoszą kopalnie – a my mamy misje. Moi koledzy, z którymi uczyłem się w podstawówce, obecnie mają emerytury większe niż ja kiedykolwiek dostanę. Ja jeszcze przez 20 lat będę miał misję. Takie to głupie myśli zaprzątały mi 1,5 godziny mojego życia.

Wyrwało mnie dopiero przypomnienie, że za chwilę mamy pasowanie klas pierwszych na uczniów. No i że mam wychowawstwo, więc będę mógł świętować pracując z moimi wychowankami. Przecież społeczeństwo też pracuje, a nauczyciele i tak stale mają wolne. Nic to. A nawet fajnie, bo przestałem myśleć o buntowaniu się wobec realiów szkolnych i spokojnie, jak baranek, podreptałem na salę gimnastyczną…

czwartek, 29 września 2016

Wycieczka klasowa


Wielu już wie, a Ty być może dowiesz się teraz, że w tym roku zostałem wychowawcą klasy 1e w Gimnazjum nr 4 w Tychach. Z dawnych lat pozostało mi przeświadczenie, że taka funkcja to nie tylko mnóstwo dodatkowych obowiązków i nadmiar biurokracji, ale też możliwość realizacji fajnych pomysłów z zaprzyjaźnionymi uczniami. No i tu pojawił się problem. Jak poznać klasę mając w niej 30 uczniów i 90 minut w tygodniu wspólnego przebywania. Czyli 3 minuty na ucznia. Jedynym rozwiązaniem - wycieczka. No więc pochodziłem, podzwoniłem, poprosiłem i zorganizowałem co trzeba, aby móc pojechać z klasą na dwa dni w góry.


28 wrzesień
Jak zwykle spóźniam się 2 minuty na zbiórkę na dworcu PKP (20 przysiadów mi nie darują - była umowa), ale pozostałe panie opiekunki (Stachowska, Rasińska i Maturska) już są. 2 godzinki w pociągu do Węgierskiej Górki szybko mijają. Tam po 30 minutach oczekiwania i gry w „klaskanie” wsiadamy w autobus PKS do Żabnicy. O dziwo, w komplecie docieramy do pensjonatu „Skałka”. Dlaczego właśnie tu? Bo to jedyne znane mi miejsce, gdzie telefonia komórkowa nie ma zasięgu. Jest szansa, że właśnie tu będziemy bardziej z sobą niż z telefonami. Wkrótce przekonuję się, że mylna, gdyż wielu jest neuropsychicznie scalonych ze swoim smartfonem i nawet zepsutego nie odstąpiliby na krok. Za to poszukiwanie zasięgu jest świetną motywacją by bez protestów udać się na spacer na niedaleki szczyt górski. Po godzinie spaceru zaczynamy pierwsze warsztaty integracyjne. Dobrze, że nie wielu dorosłych tu wychodzi, gdyż przynajmniej nikt nie widzi jak się wygłupiam. Bo jaki „normalny” facet przed pięćdziesiątką śpiewałby i gestykulował „Kuli z cebulki”? O innych zabawach nie wspomnę. Po godzinie żołądki przypominają nam o obiedzie. No to wlokę się z bolącą kostką znów po górach, aby na 15:00 zdążyć. Przy okazji uświadamiam sobie, że o 15:00 to normalnie byłbym już po lekcjach. Cóż… przynajmniej obiad okazuje się smacznym. O 16:00 rusza dwudniowa gra w „Mafię” oraz kolejna tura zabaw i konkurencji integrujących – zawody pomiędzy uczniami z nr parzystymi i nieparzystymi. Nie pamiętam już która to grupa wygrała puchar i czekolady, ale wiem już kto w klasie może być mi pomocnym, a kogo trzeba będzie dopiero wychowywać, aby przestał być egoistą czy pustym gwiazdorem. Chociaż mogę się mylić. Dalej 1,5 godziny odpoczynku i zaczynamy nocne ognisko. Kilka piosenek z gitarą nastraja większość dosyć pozytywnie. Znów odkrywam kilka talentów u uczniów i przypominam sobie, że koniecznie przydałyby mi się jakieś lekcje grania lub chociaż poczucie rytmu. Potem kiełbaski, potem jeszcze kilka piosenek i przed 23:00 większość decyduje o powrocie. Umówiona godzinka przygotowań do snu i po 24:00 wyruszam, po cichutku, w skarpetkach, poszukać jakiś gadających kandydatów do ćwiczeń. Porażka. Tylko dwie dziewczyny zrobiły jakieś marne 40 przysiadów i zrobiło się w budynku cicho jak makiem zasiał. Cóż robić? Trzeba iść spać.

29 wrzesień
O 7:00 „Hej miśki czas wstać!”. O 8:00 śniadanko. O 9:00 kolejne nasze wspólne zajęcia. Przygotowałem się solidnie do tych zajęć, lecz rutyna okazuje się zgubna i popsułem jedno z fajniejszych zadań dla uczniów. Cóż starość i rozum już nie ten. Bez względu na wszystko wybieramy samorząd (dotychczas mieliśmy tymczasowy) i ustalamy grupy pomocy uczniowskiej. Kilka zabaw pozwalających uczniom poznawać swoje możliwości, a mnie dalej dochodzić do przekonania, że mam wielu naprawdę fajnych uczniów i uczennic w klasie. Rośnie nadzieja, że i pozostała garstka malkontentów dołączy do nich. Po 11:00 idziemy do schroniska na Hali Boraczej. Tam oczy karmimy wspaniałymi widokami ogrzanych słońcem jesiennych gór. Droga powrotna jakaś krótsza, bo po 40 minutach już jesteśmy w pensjonacie i zabieramy nasze tobołki. Autobus PKS. O 15:00 zwiedzamy bunkier „Wędrowiec” w Węgierskiej Górce. Polecam, bo na prawdę warto zobaczyć jedno z chlubniejszych miejsc naszej obrony w 1939 roku. Później jeszcze napychamy brzuchy pizzą i powrót pociągiem do Tychów. Na peronie jeszcze ostatnie „Kulkami z cebuli” i spokojnie każdy wędruje do swoich rodziców, którzy stęsknieni tłumnie przybyli pod dworzec.

UFF! Fizycznie mam dość. Ale serce raduje się, bo znów mogłem poczuć się jak za dawnych lat, gdy bycie nauczycielem to była fajna praca. Gdy najważniejsi byli uczniowie, a nie zapisy w dziennikach czy odpracowane godziny z jakiegoś paragrafu. Tylko martwi mnie, że jutro znów wraca szara rzeczywistość, a ja znów pewnie czegoś nie opracowałem, nie oddałem, nie napisałem… Cóż, życie nauczyciela.