Polecany post
Wstęp
Witam! Życie to pasmo ciągłych niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Bo jak nazwać sytuacje, gdy zapewne dyslektyk i dysortografi...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nauczyciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nauczyciel. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 22 listopada 2016
Przepraszam, że jestem nauczycielem
Przepraszam, że naraziłem społeczeństwo na straty związane z moim wykształceniem. W końcu prawie 24 lata spędziłem w szkole ucząc się w podstawówce, technikum, studium, potem jedne, drugie itd. studia. O dziesiątkach kursów i warsztatów nie wspomnę. I po co to było? Aby być pasożytem dalej żerującym na państwowym garnuszku? A mogłem zostać budowlańcem, taksówkarzem czy chociaż piekarzem. Kimś szanowanym i docenianym.
Przepraszam, że cały miniony weekend siedziałem na konferencji w Radomiu, kilkaset kilometrów od domu. Poznawałem nowe technologie, nowe możliwości, nawiązywałem kontakty z podobnie zakręconymi ludźmi jak ja, wymieniałem się doświadczeniami. Wprawdzie nie byłem na proteście w Warszawie, gdzie moje koleżanki i koledzy próbowali powiedzieć, że nie są nic niewartym balastem, z którym można zrobić co się chce i kiedy się chce. Ale czy to mnie usprawiedliwia? Przecież mogłem zrobić w tym czasie coś pożytecznego dla innych.
Przepraszam moich absolwentów, którzy przeszli naukę w szkołach, gdzie ja pracowałem. Za innych nauczycieli, mi podobnych, też przepraszam. Bo przecież tylko zmarnowali Wam czas. Wszak wszystko co osiągnęliście zawdzięczacie swojej ciężkiej pracy i talentowi. To, że jesteście inżynierami, górnikami, informatykami, a przede wszystkim biznesmenami - zawdzięczacie sobie. Szkoła przecież nie uczy, a nauczyciele to nieudacznicy. Jakbym był coś wart to bym nie był nauczycielem.
Przepraszam rodziców moich uczniów, którzy wiedzą lepiej jak powinna wyglądać nauka na moich lekcjach. Którzy niejednokrotnie wspaniałomyślnie próbują mi wyjaśnić czego powinienem wymagać, a czego nie. Za co oceniać i jak. Których denerwuję złym traktowaniem ich pociech. Wiem, że macie takie bogate kwalifikacje po których nie tak dawno jedna Pani została Ministrem Edukacji. A ja uparcie po swojemu, wbrew wielu Waszym poradom. Wstyd.
Przepraszam wszystkich, którzy ciężko pracują nad kolejnymi reformami i pomysłami dla edukacji. Wiem, że wysiłek to wielki, aby co kilka lat zmieniać przepisy, programy, podstawy, podręczniki (o, w tym przypadku to nawet co rok). Aby znaleźć jeszcze coś co pozwoli mi utrudnić życie. Trud nie mały, aby jeszcze wymyślić kilka sposobów na odciągniecie mnie od pracy z uczniami i zastąpić ją czasem na tworzenie kolejnych papierów. Aby mnie stale kontrolować i kontrolować, czy aby na pewno wiem co robię.
Przepraszam moją rodzinę, z którą mam kontakt raczej marny, bo ponad dwadzieścia lat naszego życia poświęciłem dla mojej pracy, moich uczniów, zdobywania środków na budowę domu (budowałem go ponad 10 lat, poświęcając wszystkie wakacje). Dziś już nawet nie potrafię pracować inaczej. W końcu nie musiałem być nauczycielem – mogłem zostać kimś pożytecznym. No i pracować uczciwie 8 godzin.
Przepraszam Cię Przeciętny Polaku, za mają pracę. Tą jaką znasz: za moje 18 godzin lekcyjnych w tygodniu, po których wsiadam w moją wypasioną brykę i jadę do domu. Przez resztę dnia nic więcej nie robię, tylko leżę sobie w basenie i popijam brandy. I tak aż do wakacji, w czasie których zaraz po rozdaniu świadectw wylatuję na Majorkę, gdzie spotykam się biednymi nauczycielami z zachodniej Europy. Jak oni tak mogą przeżyć za takie marne parę tysięcy euro? Nie potrafię tego odgadnąć. A Ciebie przepraszam, głównie za to, że skoro tak postrzegasz moją pracę, to wstydzę się, że pewnie gdzieś w szkołach uczyli cię tego i owego, ale nie nauczyli jak być człowiekiem, mądrym człowiekiem.
Długo jeszcze musiałbym przepraszać, ale nie będę Cię męczył Statystyczny Polaku. Sam też troszkę padam na twarz, bo od 7 rano naprawiałem komputer w pracowni, potem miałem lekcje przez 6 godzin, potem zajęcia dodatkowe. Jakiś konkurs ruchu drogowego. Wróciłem popołudniu i odpowiedziałem na wiadomości od rodziców, usprawiedliwiłem nieobecności, poszukałem materiałów do jutrzejszych lekcji i troszkę poczytałem relacji o protestach nauczycieli. Nawet nie wiem, kiedy zegarek wskazał 00:18. Więc po co to pisze skoro i tak, Statystyczny Polaku, pewnie dawno już śpisz? Nie wiem.
wtorek, 25 października 2016
Konferencja "Rozwijanie kompetencji informatycznych uczniów..."
Czy ja już mówiłem, że spóźnianie się to coś co mi najlepiej wychodzi
mimo, że zupełnie się nie staram? Tak też niechcący udało mi się spóźnić na dzisiejszą
konferencję zorganizowaną przez RODN Katowice. Pewnie zdążyłbym, gdybym nie
musiał kluczyć po wszystkich osiedlowych uliczkach w poszukiwaniu wolnego
miejsca parkingowego. W końcu udało się i spokojnie poszedłem na konferencje w przeświadczeniu,
że przecież jako zarejestrowany gość, więcej problemów mnie nie czeka. Pierwsza
niespodzianka w szatni – brakło numerków i kłopot z zostawieniem kurtki. Drugi
problem to wejście na aulę, która była tak zapchana jak kościół na pasterce.
Potem i na warsztatach było pełno (brakło krzeseł).
No i pytanie po co tylu nauczycieli pognało
tutaj, nie przyrównując jak urzędnicy po dotację? Przypuszczam, że to efekt
naszej galopującej reformy oświatowej. Setki ludzi przyszło, aby cokolwiek dowiedzieć
się o tym jak należy wdrażać programowanie do szkół. Dowiedzieć się w ogóle co
będzie z ich pracą. Może nawet liczyli, że łykną jakieś podstawy programowania.
Przyszedłem i ja uwiedziony reklamą konferencji.
Czy było warto? A jakże!
Dowiedziałem się, że najlepiej uczyć programowania bez komputerów. Dowiedziałem
się, że małe dzieci nie są wstanie pewnych rzeczy ogarnąć, bo taką mają
percepcję. Pobawiłem się rękoma w system dwójkowy. Zauważyłem, że już są firmy,
które próbują na owym programowaniu zrobić kasę.
Warto było też, bo przy okazji
uzmysłowiłem sobie, że trzeba młode pokolenie uczyć zupełnie inaczej niż nam
się wydaje. Inaczej niż dotychczas. Bo skoro najlepsi informatycy zatrudnieni przez
RODN Katowice nie są wstanie policzyć ilu nas będzie na konferencji – to jest
coś nie tak. Nie mówię już o przygotowaniu programu, który po zarejestrowaniu określonej
liczby osób zakończyłby rekrutacje. Pewnym jest, że do takich celów należało
ich uczyć algorytmiki i przewidywania skutków co najmniej od pierwszej klasy
podstawówki. Nauczycieli też należałoby inaczej kształcić. Bo przecież mogliby przewidzieć,
że o reformie po za tym, że będzie, nic konkretnie się nie mówi, więc i tu nic
się nie dowiedzą. Przewidzieć, że jednym konkretnym efektem tego spędu będzie
wysoka frekwencja w statystykach organizatora. No i zadowolenie naszych
uczniów, którym przepadły lekcje.
Ja też, jako przedstawiciel ludzi wykształconych w sposób nieprzystający do obecnych czasów, wróciłem do domu zawiedziony i zniesmaczony. Ale za to mam ładne zaświadczenie.
niedziela, 23 października 2016
Coś jednak zostaje...
Mijają dni od 14 października, a ja nadal odczytuję wiadomości, po których wpadam w zakłopotanie. Po których serce belfra rośnie. Wiem, że piszą mi te wiadomości osoby przychylne mi. Że są i tacy, co się z tym zupełnie nie zgodzą. Słowa, które nieskromnie jest cytować, a równocześnie żal skasować. Zapomnieć nie potrafię. Cóż chyba wraz z wiekiem człowiek robi się bardziej sentymentalny. Na przykład takie od M.: „gdyż uważam że już niejednej osobie Pan pomógł nie tylko jako świetny nauczyciel lecz również psycholog i wspaniały doradca w trudnych chwilach Ja osobiście do końca życia będę Pana wspominać jako swojego rodzaju drogowskaz życiowy, gdyż dzięki Panu wiem że nigdy nie należy się poddawać i dążyć do obrazek celu. Życzę każdemu uczniowi aby miał takie szczęście jak ja że mogłam na swojej drodze spotkać tak wspaniałego wychowawcę” Jak małe i nic nie znaczące przy nich są cytaty sławnych ludzi, które odbierałem na różnych dyplomach. Cóż w ogóle te nagrody były warte, o których nikt i ja sam nawet nie pamiętam.
Albo coś innego, co dostałem dziś. Wprawdzie już drugi raz w życiu coś takiego mi się trafiło, ale wzruszyło mnie nie mniej jak za pierwszym razem.
D.: „mógłbym kiedyś wpaść i poopowiadać albo pomóc Panu w organizacji takiego kółka nauki tworzenia stron od podstaw. Siedzę w tym temacie praktycznie od gimnazjum, pracowałem w sklepie internetowym, potem w agencji kreatywnej, później założyłem własną firmę i w między czasie współpracowałem z wieloma firmami z Tychów, Śląska, całej Polsi, ostatnio nawet trafiłą się firma ze stanów. Wiem, że cięzko jeszcze nawet na studiach o specjalizację ukierunkowaną na front-end developera, a wiem po swoim doświadczeniu, że teraz jest duże zapotrzebowanie na specjalistów w tej dziedzinie i jak dzieciakom wcześniej wskazać możliwość rozwoju w tym kierunku to w przyszłości mogą być dobrzy w tym fachu, oczywiście dla chętnych tylko.”
Jakie szczęście w życiu miałem, że przez chwilę byłem jego nauczycielem. Wiem, że nie za dużo nauczyłem, ale cieszę się, że też nie zepsułem w nim zapału do informatyki. Jak fajnie jest dowiedzieć się, że przerasta mnie o głowę (raczej o kilka głów) w tej dziedzinie. A to, że wrócił i chce coś zrobić dla innych to już zupełny matrix. Coś nie bardzo przystające do naszych dzisiejszych konsumpcyjnych czasów.
No i na koniec moja refleksja:
Nigdy w życiu nie uważałem i nie uważam się za dobrego nauczyciela. Strony „superbelfrów” wprawiają mnie w przygnębienie. Nie dorastam im do pięt. Informatyk ze mnie marny, bo to, co czasem uczniowie potrafią zrobić na komputerze dla mnie jest trudne lub niemożliwe. W szkołach nie potrafię dostosować się do zasad jakiegoś oceniania kompromitującego (OK), planów wynikowych nigdy nie stworzyłem, a i w dzienniku mam częste braki. Ileż to upomnień już za to dostałem. A i tak przez wiele lat bawiłem się świetnie w szkole i jeszcze mi za to płacono. Teraz trudniej mi to wychodzi, bo coraz mniej mam czasu dla uczniów. Coraz mniej możliwości wsłuchać się w to, co oni do mnie mówią, czego oczekują. Nie mogę już z nimi wybrać się na niedzielne rowery, bo złamałbym dziesiątki przepisów. Nie realizujemy już szalonych pomysłów, bo wszystkie moje zajęcia powinny być zaplanowane, podpisane i skontrolowane czy aby na pewno się odbyły w wyznaczonych godzinach. I to teraz właśnie zaczynam dostawać takie pochwały, które zupełnie do mnie nie pasują. Jakie niespodzianki Bóg nam przygotowuje, manipulując naszym pokręconym życiem.
No i co kiedyś napiszą moi obecni uczniowie?
Obawiam się, że nic dobrego…
Albo coś innego, co dostałem dziś. Wprawdzie już drugi raz w życiu coś takiego mi się trafiło, ale wzruszyło mnie nie mniej jak za pierwszym razem.
D.: „mógłbym kiedyś wpaść i poopowiadać albo pomóc Panu w organizacji takiego kółka nauki tworzenia stron od podstaw. Siedzę w tym temacie praktycznie od gimnazjum, pracowałem w sklepie internetowym, potem w agencji kreatywnej, później założyłem własną firmę i w między czasie współpracowałem z wieloma firmami z Tychów, Śląska, całej Polsi, ostatnio nawet trafiłą się firma ze stanów. Wiem, że cięzko jeszcze nawet na studiach o specjalizację ukierunkowaną na front-end developera, a wiem po swoim doświadczeniu, że teraz jest duże zapotrzebowanie na specjalistów w tej dziedzinie i jak dzieciakom wcześniej wskazać możliwość rozwoju w tym kierunku to w przyszłości mogą być dobrzy w tym fachu, oczywiście dla chętnych tylko.”
Jakie szczęście w życiu miałem, że przez chwilę byłem jego nauczycielem. Wiem, że nie za dużo nauczyłem, ale cieszę się, że też nie zepsułem w nim zapału do informatyki. Jak fajnie jest dowiedzieć się, że przerasta mnie o głowę (raczej o kilka głów) w tej dziedzinie. A to, że wrócił i chce coś zrobić dla innych to już zupełny matrix. Coś nie bardzo przystające do naszych dzisiejszych konsumpcyjnych czasów.
No i na koniec moja refleksja:
Nigdy w życiu nie uważałem i nie uważam się za dobrego nauczyciela. Strony „superbelfrów” wprawiają mnie w przygnębienie. Nie dorastam im do pięt. Informatyk ze mnie marny, bo to, co czasem uczniowie potrafią zrobić na komputerze dla mnie jest trudne lub niemożliwe. W szkołach nie potrafię dostosować się do zasad jakiegoś oceniania kompromitującego (OK), planów wynikowych nigdy nie stworzyłem, a i w dzienniku mam częste braki. Ileż to upomnień już za to dostałem. A i tak przez wiele lat bawiłem się świetnie w szkole i jeszcze mi za to płacono. Teraz trudniej mi to wychodzi, bo coraz mniej mam czasu dla uczniów. Coraz mniej możliwości wsłuchać się w to, co oni do mnie mówią, czego oczekują. Nie mogę już z nimi wybrać się na niedzielne rowery, bo złamałbym dziesiątki przepisów. Nie realizujemy już szalonych pomysłów, bo wszystkie moje zajęcia powinny być zaplanowane, podpisane i skontrolowane czy aby na pewno się odbyły w wyznaczonych godzinach. I to teraz właśnie zaczynam dostawać takie pochwały, które zupełnie do mnie nie pasują. Jakie niespodzianki Bóg nam przygotowuje, manipulując naszym pokręconym życiem.
No i co kiedyś napiszą moi obecni uczniowie?
Obawiam się, że nic dobrego…
piątek, 21 października 2016
Code Week 2016
Tego mi było trzeba! Prawie 15 miesięcy minęło od czasu, gdy ostatnio coś fajnego udało mi się zorganizować z gimnazjalistami. Cóż urlop. Potem bolesny powrót do ciasnych ram wyznaczonych przez rygor planowanych lekcji, kółek, konferencji itd. Do tego ponad 100 komputerów, za które nie wiem czemu, ale jestem odpowiedzialny jak konserwator.
No i w końcu jakiś dawny powiew normalności. Był pomysł. Trochę mojej pracy, trochę pracy uczniów z mojej klasy 1e i radiowęzła. W efekcie czego dziesiątki uczniów spróbowało swoich możliwości w pisaniu algorytmów budowania wież z kubków. Niby nic, a cieszyło! Poczułem się jak Wróbel, który na chwile opuścił klatkę…
czwartek, 29 września 2016
Wycieczka klasowa
Wielu już wie, a Ty być może dowiesz się teraz, że w tym roku zostałem wychowawcą klasy 1e w Gimnazjum nr 4 w Tychach. Z dawnych lat pozostało mi przeświadczenie, że taka funkcja to nie tylko mnóstwo dodatkowych obowiązków i nadmiar biurokracji, ale też możliwość realizacji fajnych pomysłów z zaprzyjaźnionymi uczniami. No i tu pojawił się problem. Jak poznać klasę mając w niej 30 uczniów i 90 minut w tygodniu wspólnego przebywania. Czyli 3 minuty na ucznia. Jedynym rozwiązaniem - wycieczka. No więc pochodziłem, podzwoniłem, poprosiłem i zorganizowałem co trzeba, aby móc pojechać z klasą na dwa dni w góry.
28 wrzesień
Jak zwykle spóźniam się 2 minuty na zbiórkę na dworcu PKP (20 przysiadów mi nie darują - była umowa), ale pozostałe panie opiekunki (Stachowska, Rasińska i Maturska) już są. 2 godzinki w pociągu do Węgierskiej Górki szybko mijają. Tam po 30 minutach oczekiwania i gry w „klaskanie” wsiadamy w autobus PKS do Żabnicy. O dziwo, w komplecie docieramy do pensjonatu „Skałka”. Dlaczego właśnie tu? Bo to jedyne znane mi miejsce, gdzie telefonia komórkowa nie ma zasięgu. Jest szansa, że właśnie tu będziemy bardziej z sobą niż z telefonami. Wkrótce przekonuję się, że mylna, gdyż wielu jest neuropsychicznie scalonych ze swoim smartfonem i nawet zepsutego nie odstąpiliby na krok. Za to poszukiwanie zasięgu jest świetną motywacją by bez protestów udać się na spacer na niedaleki szczyt górski. Po godzinie spaceru zaczynamy pierwsze warsztaty integracyjne. Dobrze, że nie wielu dorosłych tu wychodzi, gdyż przynajmniej nikt nie widzi jak się wygłupiam. Bo jaki „normalny” facet przed pięćdziesiątką śpiewałby i gestykulował „Kuli z cebulki”? O innych zabawach nie wspomnę. Po godzinie żołądki przypominają nam o obiedzie. No to wlokę się z bolącą kostką znów po górach, aby na 15:00 zdążyć. Przy okazji uświadamiam sobie, że o 15:00 to normalnie byłbym już po lekcjach. Cóż… przynajmniej obiad okazuje się smacznym. O 16:00 rusza dwudniowa gra w „Mafię” oraz kolejna tura zabaw i konkurencji integrujących – zawody pomiędzy uczniami z nr parzystymi i nieparzystymi. Nie pamiętam już która to grupa wygrała puchar i czekolady, ale wiem już kto w klasie może być mi pomocnym, a kogo trzeba będzie dopiero wychowywać, aby przestał być egoistą czy pustym gwiazdorem. Chociaż mogę się mylić. Dalej 1,5 godziny odpoczynku i zaczynamy nocne ognisko. Kilka piosenek z gitarą nastraja większość dosyć pozytywnie. Znów odkrywam kilka talentów u uczniów i przypominam sobie, że koniecznie przydałyby mi się jakieś lekcje grania lub chociaż poczucie rytmu. Potem kiełbaski, potem jeszcze kilka piosenek i przed 23:00 większość decyduje o powrocie. Umówiona godzinka przygotowań do snu i po 24:00 wyruszam, po cichutku, w skarpetkach, poszukać jakiś gadających kandydatów do ćwiczeń. Porażka. Tylko dwie dziewczyny zrobiły jakieś marne 40 przysiadów i zrobiło się w budynku cicho jak makiem zasiał. Cóż robić? Trzeba iść spać.
29 wrzesień
O 7:00 „Hej miśki czas wstać!”. O 8:00 śniadanko. O 9:00 kolejne nasze wspólne zajęcia. Przygotowałem się solidnie do tych zajęć, lecz rutyna okazuje się zgubna i popsułem jedno z fajniejszych zadań dla uczniów. Cóż starość i rozum już nie ten. Bez względu na wszystko wybieramy samorząd (dotychczas mieliśmy tymczasowy) i ustalamy grupy pomocy uczniowskiej. Kilka zabaw pozwalających uczniom poznawać swoje możliwości, a mnie dalej dochodzić do przekonania, że mam wielu naprawdę fajnych uczniów i uczennic w klasie. Rośnie nadzieja, że i pozostała garstka malkontentów dołączy do nich. Po 11:00 idziemy do schroniska na Hali Boraczej. Tam oczy karmimy wspaniałymi widokami ogrzanych słońcem jesiennych gór. Droga powrotna jakaś krótsza, bo po 40 minutach już jesteśmy w pensjonacie i zabieramy nasze tobołki. Autobus PKS. O 15:00 zwiedzamy bunkier „Wędrowiec” w Węgierskiej Górce. Polecam, bo na prawdę warto zobaczyć jedno z chlubniejszych miejsc naszej obrony w 1939 roku. Później jeszcze napychamy brzuchy pizzą i powrót pociągiem do Tychów. Na peronie jeszcze ostatnie „Kulkami z cebuli” i spokojnie każdy wędruje do swoich rodziców, którzy stęsknieni tłumnie przybyli pod dworzec.
UFF! Fizycznie mam dość. Ale serce raduje się, bo znów mogłem poczuć się jak za dawnych lat, gdy bycie nauczycielem to była fajna praca. Gdy najważniejsi byli uczniowie, a nie zapisy w dziennikach czy odpracowane godziny z jakiegoś paragrafu. Tylko martwi mnie, że jutro znów wraca szara rzeczywistość, a ja znów pewnie czegoś nie opracowałem, nie oddałem, nie napisałem… Cóż, życie nauczyciela.
czwartek, 1 września 2016
Nowy rok szkolny :) - koniec urlopu :(
Życie kołem się toczy, więc ponownie trafiłem do klasy pierwszej w nowej szkole. Ponownie jestem zestresowany i niezwykle zaskoczony tym co mnie otacza. Wszystko nowe, wszystko inne, dziwne i zaskakujące. W mojej pierwszej klasie, do której trafiłem z przezwiskiem „wychowawca”, równie zestresowana dziatwa wlepia we mnie swe przenikliwe spojrzenia. Wiele sobie obiecuje po naszych przyszłych kontaktach. Na razie stres osładzam sobie , jak to pierwszaczek, „rogiem obfitości” zwanym przez niektórych „Tytą”. DAM RADY – wmawiam sobie.
Boże, gdyby chociaż w połowie chciało mi się tak jak mi się nie chce. Wizja 10 miesięcy pracy -przygnębia. Wizja kolejnych 21 lat pracy do emerytury - po prostu dobija.
Boże, gdyby chociaż w połowie chciało mi się tak jak mi się nie chce. Wizja 10 miesięcy pracy -przygnębia. Wizja kolejnych 21 lat pracy do emerytury - po prostu dobija.
Subskrybuj:
Posty (Atom)